4.09.2014

6: Na pustyni Harackiej I

Dakelan i Arisa coraz bardziej zagłębiali się w pustynie. Jechali teraz lekkim kłusem, jednak i tak te kilka godzin jazdy mocno się na nich odbiły. Dakelan zrobił sobie prowizoryczne nakrycie głowy a Arisa miała kaptur, jednak upał był nie do wytrzymania. Na szczęście Dakelan zabrał wszystko co było potrzebne do podróży.
- Myślisz że ludzie pustyni zaatakują? - zapytał Dakelan nieco zachrypnięty.
Arisa prychnęła cicho aczkolwiek bez przekonania.
- Byłby cud gdybyśmy ich nie spotkali. To ich teren. Nie uciekniemy im nawet jeżelibyśmy się bardzo starali. Nikt tak nie zna pustyni jak Senanie.
- Tak naprawdę nazywają się ludzie pustyni? - zmarszczył brwi, nigdy nie słyszał tego słowa.
- Przynajmniej tak na siebie mówią. - odparła.
Nastąpiła chwila ciszy. Arisa czuła na sobie wzrok Dakelana.
- Nie ciepło ci w tym płaszczu? - zapytał próbując zacząć rozmowę.
- Da się żyć i da się przeżyć.
Popatrzała na niego, patrzał zamyślony w horyzont. Odpięła od siodła bukłak z wodą i się napiła.

- Kiedy ty to zdążyłeś przygotować?
- Eeee powiedzmy że ta informacja zostanie w moim zakresie. - posłał jej łobuzerski uśmieszek.
- Okay. - mruknęła, trochę ją to niepokoiło, jednak na razie nie kwestionowała niczego.
Popatrzała na swojego gniadego konia. Zwierzęta były wykończone tak jak i oni. Albo i nawet bardziej.
- Zróbmy przerwę. - rzuciła.
Dakelan spojrzał na nią zaskoczony.
- Ale Senanie... - zaprotestował, jednak nie dała mu skończyć.
- Nie unikniemy spotkania z nimi, a oni nienawidzą twojego brata. Możemy się z nimi dogadać. - odparła zdecydowanie, zsiadając z konia.
Chwilę potem Dakelan niepewnie zrobił to samo.
- Zajmę się końmi, a ty obserwuj czy nie nadchodzą. - powiedziała.
- Przecież jak nas i tak złapią to bez znaczenia. - stwierdził bez przekonania.
- Wiem. Ale nie chcę by nas wzięli z zaskoczenia.
Przyglądał się jej przez chwilę, ale potem pokręcił głową i się rozejrzał.
Wzięła bukłak z wodą. Pogłaskała konia po głowie. Patrzał na nią głębokimi, czarnymi, zmęczonymi oczami. Uśmiechnęła się lekko. Otworzyła bukłak, a zwierze jakby wiedząc o co chodzi otworzyło pysk. Pokazały się żółtawe zęby zwierzęcia i suchy język. Arisa nalała mu wody. Pił łapczywie. Wypił niemalże całość. Wzięła bukłak zanim tak się stało i poklepała konia po pysku. Wyczyściła otwór bukłaka piaskiem. Następnie pobrała wodę z gleby. Była daleko, co wymagało większej koncentracji i siły. Oczyściła bukłak i nalała świeżej wody. Przypięła go z powrotem do juków.
Podeszła do drugiego konia i zrobiła to samo. Martwił ją jedynie fakt że konie nie mają tu nic do jedzenia.
- Widać ich na horyzoncie. - zaapelował nagle Dakelan
Elfka spojrzała na kucającego nieopodal, następce tronu. Był teraz zupełnie gdzie indziej. Następnie popatrzała za jego wzrokiem. Dostrzegła ich. Niewielka grupka Senanów szła pewnie w ich stronę.
- Wracaj. -  nakazała
Odwrócił się i wrócił idąc w pół zgiętych kolanach. Patrzała na niego.
- Musimy zachowywać się tak jakbyśmy ich nie zauważyli. Rozumiesz? - poprawiła go.
- Jasne. - mruknął niechętnie, jednak wyprostował się.
Zwęził oczy rozglądając się. Arisa wiedziała że robi to po ty by dokładniej przyjrzeć się postacią idącym w ich stronę.
- Siadaj. - powiedziała elfka spokojnie
Spojrzał na nią. Ona siedziała na piasku z bukłakiem wody w ręce. Konie stały i odpoczywały. Usiadł obok niej i wziął swój bukłak, dopiero teraz poczuł jaki jest spragniony, pociągnął kilka łyków.
Arisa rozglądała się, czasem pociągając z bukłaka. Dakelan był zdziwiony jej spokojem. A może ona po prostu gra? - pomyślał. - Ale może powinna ściągnąć ten płaszcz?
Elfka jak na zawołanie zdjęła płaszcz i schowała go do jakiejś torby. Broń jednak zostawiła na sobie. Wyciągnęła skądś kawałek materiału i owiązała wokół głowy, przedtem go mocząc. Zawiązała go tak by zakrywał szpiczaste uszy.
- Cóż...czy ty czytasz mi w myślach? - zapytał Dakelan zdziwiony i zaniepokojony.
- Nie. - odparła nie patrząc na niego – Tylko najwyraźniej pomyśleliśmy o tym samym.
Minęła chwila ciszy. Dakelan postanowił nie kontynuować tematu.
- Jeżeli mają myśleć że ich nie zauważyliśmy. To lepiej udawajmy że jesteśmy czymś zajęci. - przestrzegła.
- Ale czym? - zapytał.
- Nie wiem.
Arisa wstała i podeszła do klaczy Dakelana. Zaczęła ją głaskać. Dakelan spojrzał na nią, przez chwile się jej przyglądał. Tak właściwie to ile ją znał? Może 10 lat? A wiedział o niej tyle co nic. Westchnął. A tak właściwie to ile o niej wiedział? Jest elfem. Jest wyszkolonym Czarnym Łucznikiem, ma numer 26. Straciła całą rodzinę podczas napadu magów. Neris jest jej przyjacielem. On chyba też. Ma z sześćdziesiąt pięć lat i ciekawy charakterek.
- Kim jesteście i co tu robicie? - odezwał się męski, głęboki głos z odległości 2 metrów, przerywając jego rozmyślania
Odwrócił głowę w stronę głosu, a to samo zrobiła Arisa. Podeszła do Dakelana. On wstał.
- Powtarzam: Kim jesteście i czego tu chcecie? - mężczyzna wyciągnął w ich kierunku zakrzywiony nóż, z dziwaczną powykręcaną rękojeścią, jednak jego twarz pozostawała zimna.
- Nie gorączkuj się. - odparł Dakelan – Nie mamy złych zamiarów. Jesteśmy uciekinierami z więzienia pustynnego.
- Twoja twarz wygląda mi znajomo...nie jesteś ty czasem kimś z królewskiej rodziny?
- Masz dobry zmysł obserwacji, nie mylisz się. - odparł dokładnie dobierając słowa, próbując przewidzieć co chce powiedzieć Senanin – Ale gdybym był jego sprzymierzeńcem, czy wykradałbym elfa, z jego więzienia? - w tej samej chwili zdjął Arisie materiał z głowy.
Skrzywiła się lekko, ale nie zaprotestowała.
Senanie okazali swoje wyraźne zdziwienie, na widok jej szpiczastych uszu.
- Słyszeliśmy coś o dwóch elfach których znaleziono i pociągnięto na egzekucję, ale nie sądziłem że to prawda... - powiedział powoli mężczyzna na czele – Teraz widzę, że jednak elfy przeżyły zmasowany napad. - zamyślił się - Ale gdzie ten drugi?
- Nie udało mu się uciec... - odpowiedziała Arisa smutno.
- Rozumiem... - powiedział trochę nie dowierzając - Zdajecie sobie jednak sprawę, że jesteście na naszym terenie?
- A jakżeby inaczej. - odparła Arisa pewnie patrząc mu prosto w oczy.
Nie odpowiadał przez chwilę. Gdy przemyślał decyzję, powiedział:
- Zbierzcie się i idziecie z nami. Postawimy was przed naszym Najwyższym.
Arisa odwróciła się do swojego konia. Przyczepiła do juków bukłak z którego wcześniej piła. Pogłaskała Aresa po pysku.
- Dobry konik. - powiedziała cicho.
Dakelan wziął swoją klacz. Senanie odwrócili się i ruszyli w stronę z której przyszli. Dakelan i Arisa ruszyli za nimi.
Wędrówka przez pustynie nie była łatwym zadaniem. Słońce świeciło nadal niemiłosiernie. http://www.iceis.pl/skorpion/skorpion_grafika_wektorowa.jpg
Na horyzoncie pojawiło się coś szpiczastego i brązowego. Tipi ludzi pustyni. Nie było to już daleko. Po kilkunastu minutach, przedzierania się przez piaski i starania się nie myśleć o tym jak praży słońce, dotarli do obozu.
Tipi było z ciemnobrązowego, lekkiego materiału, pewnie skóra jakiegoś zwierzęcia pustynnego. Podobny kolor skóry jak i oczu mieli Senanie. Bardzo rzadko kiedy pojawiał się u nich zielony albo niebieski kolor oczu, nazywali ich wtedy wyjątkowymi. Tipi było większe, albo mniejsze, zależnie od tego kto był zamożniejszy. Nikt teraz w nich nie przebywał, nawet mężczyźni. Patrzeli z ciekawością na przybyszów. Ich przewodnik kierował się do największego tipi, ozdobionego srebrnym wzorem skorpiona na wejściu. Te tipi było jednak czarne, nie brązowe, co też wyróżniało. Przed wejściem do niego czekało dwóch strażników. Przewodnik podszedł do nich i powiedział o co chodzi, po czym jeden strażnik wszedł do środka. Krótka wymiana zdań strażnika z najwyraźniej Najwyższym - dobrze słyszana dla uszu Arisy - zakończyła się pozytywnie. W głosie Najwyższego można było usłyszeć zaskoczenie. Usłyszeli kroki. Strażnik wyszedł i odsunął płachtę wpuszczając przybyszy.
Arisa spojrzała na swojego konia, poklepała go po pysku. Sięgnęła do torby, wyciągając czarny płaszcz, który zaraz potem założyła i zapięła. Ludzie pustyni odprowadzili konie gdzieś dalej. Nie wiedziała czy jeszcze odzyskają swoje wierzchowce. Martwiła się o swojego konia.
Odwróciła się przodem do stojącego otworem tipi. Dakelan czekał już w środku. Weszła, zakładając kaptur. Strażnik opuścił płachtę z powrotem.
W tipi było duszno, jasno było na środku, w górze widniała dziura przepuszczające światło słoneczne, boki namiotu były ciemne. Namiot nie był wcale taki mały. Znajdowały się w nim meble, lampy oliwne, broń, oraz różne inne przedmioty, dosyć wartościowe i bogate. Senanie nie przenosili się często, więc mogli sobie pozwolić na takie luksusy. Na fotelu, z nogami założonymi na stół, siedział Najwyższy. Ludzie pustyni byli wolnym ludem, którzy nie lubili zasad i etyki, ale jednak mieli kogoś kto nimi kierował.
Najwyższy, mógł mieć trzydzieści lat. Ciemno brązowe włosy pasowały do ciemnej skóry. Jego oczy co dziwne były niebieskie i to jak wyraźnie. Zmarszczył nieco brwi na ich widok, ale zaraz na jego twarzy pokazał się uśmiech.
- Siadajcie, proszę. - powiedział, wskazując ręką na krzesła naprzeciw siebie
Usiedli. Spojrzał po nich. Przez chwilę przyglądał się Arsie.
- Skądś cię chyba znam...możesz zdjąć kaptur? - w jego głosie pobrzmiewała władczość ale i spokój.
Zawahała się ale zsunęła kaptur z głowy i tak nie miała nic do stracenia. Otworzył nieco szerzej oczy udając zaskoczenie.
- Arisa Rasmons...nie sądziłem że cię kiedyś jeszcze zobaczę.
W jednaj chwili twarz Senana zrobiła się dla niej znajoma. Nie dała jednak poznać po sobie zaskoczenia. Przypominało jej się coś, w pewnym momencie pojawiło się w jej głowie jego imię.
- Jednak jak widzisz jestem Sokrenie. - odparła bez uczuciowo.
- Proszę proszę, jednak jeszcze mnie pamiętasz.
- Jak widzisz.
Arisa przyglądała się przez kilka sekund Sokreninowi. Znała go dobrze. Była niegdyś na pustyni...a on pomimo wszystko pomógł jej. Nie pamiętała co się wtedy dokładnie stało, jakiś wypadek? Jednak chciał, jak to się wyraził: „Coś za coś”.
Ale jedno śmieszyło Arisę w Senanach. Każde imię musiało się zaczynać na „S”, tak jak ich nazwa. Miało to jakiś związek z ich bogami jednak nigdy nie zagłębiała się w ten temat.
- Słyszałem że uciekliście z więzienia pustynnego. - kontynuował luźną rozmowę Sokrenin.
- Owszem. - Arisa mówiła zdecydowanym, ale spokojnym tonem – Jeden jak na pewno słyszałeś, nie zdołał się przedostać.
- Tak, słyszałem. - mruknął.
- Dlaczego tak nienawidzisz mego brata? - zapytał nagle Dakelan, nie miał zamiaru bronić Eukedusa, jednak chciał się przekonać dlaczego Senanie interesują się Sakkiną.
Sokrenin prychnął.
- Nie jest dobrym władcą. Jest za surowy i bezmyślny. Poza tym wytępił elfy...no może nie wszystkie. Stracił jedno z ogniw swojej obrony, co było głupstwem. Przy okazji stracił również kanisów.
- Cóż...kanisi przynajmniej potrafią dotrzymać obietnic. Chyba raczej nie spodobał im się ten atak. - przyznał Dakelan.
- Właśnie dlatego są teraz przeciwko Eukedusowi. Smoki, nie wiadomo. One przychodzą kiedy chcą i odchodzą również tak. - Pokręcił głową – Tym napadem, może i uszczęśliwił ludzi, którzy nie przepadali za elfią rasą...a jak dobrze pamiętam to czasem się jej bali...
Arisa nie mogła powstrzymać uśmiechu, cisnącego się jej na twarz.
- A krasnoludów za to nie ma w Sakkinie, ani w najbliższych krajach. Do walki, zostali mu jedynie ludzie, ewentualnie smoki. - mruknął Sokrenin
Nastał chwila ciszy, nikt nie spuszczał wzroku. Panowało napięcie.
- Hm... - mruknął Sokrenin – Kierujecie się jak sądzę do jednego z trzech lasów. Nie boicie się że ktoś was złapie?
- Jak na razie nie mieliśmy tego problemu. - zaprzeczyła elfka lekko kręcąc głową.
- Tak sądziłem. Nie mielibyście nic przeciwko, gdybym doprowadził was na koniec pustyni? Sami sobie nie poradzicie. A wasze konie są wycieńczone. Wy również nie macie zapasów, jak zauważyliśmy. - mówił przyjaźnie jednak Arisa nadal nie była przekonana co do niego.
- Zauważyliśmy? - spytał Dakelan podejrzliwie.
- Tak. Powiedzieli mi o tym moi ludzie. To jak będzie? - zapytał szybko.
Dakelan już chciał się odezwać, ale Arisa była szybsza. Patrzała prosto w oczy Sokrenina.
- Ostatnim razem jak pamiętam, chciałeś coś w zamian. Więc teraz też zapewne będziesz czegoś chciał.
- Nie bądź śmieszna. - odparł śmiejąc się – To że zdołacie obalić Eukedusa, będzie wystarczającą opłatą.
- Yhm... - mruknęła w odpowiedzi nie przekonana.
Sokrenin wstał, i podszedł do niewielkiej szafki. Otworzył ją, a w niej ukazała się kolekcja starych win.
- Napijecie się? - zapytał patrząc na butelki z napisami
- Ja dziękuję. - odparła Arisa
- A ja nawet chętnie. - odpowiedział Dakelan – Tylko nie upij mnie.
- Masz moje słowo. - odpowiedział Senanin rozbawiony.
Ściągnął z półki butelkę ciemnego wina, oraz dwa kieliszki. Podszedł do stołu, przy którym stały ich fotele. Postawił kieliszki oraz wino. Wyciągnął korek jednym płynnym, wyuczonym ruchem.
Arisa poczuła jak jej nozdrza wypełnia ostry zapach ciemnego wina Neke. Neke było jednym z krajów, w których masowo produkowało się wino, obrastało w winnice. W dodatku wyjątkowo smaczne, a i też mocne.
Sokrenin nalał wina sobie oraz Dakelanowi. Wziął kieliszek. Dakelan jeszcze przez chwile nie brał niezdecydowany. Senan spojrzał na Arise i lekko się skrzywił.
- Nie sądzisz że odświeżająca kąpiel by ci się przydała? - rzucił.
Spojrzała na niego i zmarszczyła brwi.
- Kąpiel na pustyni. Skąd bierzesz tyle wody?
Zaśmiał się krótko.
- Jestem Senaninem, nie trudno nam znaleźć wodę. Znamy pustynie jak własną kieszeń. - powiedział z dumą.
Mruknęła coś tylko w odpowiedzi. Nie ufała mu. Nie była przekonana czy to chodzi jedynie o zwykłą kąpiel, czy nie zastosuje jakiegoś podstępu.... Jednak przydała by jej się. Gorąc wykańczał nawet jeżeli nie było się na nim więcej niż dzień. Poza tym czuła się zmęczona.
- Dobrze. - zgodziła się, zachowując pewność siebie w głosie.
Sokrenin uśmiechnął się. Upił łyk z kieliszka i powiedział:
- Chodź za mną. Przewidziałem że może będziecie chcieli się wykąpać, więc powiedziałem słudze by przygotował wszystko.
Nie za bardzo jej się to podobało. Szła jednak za nim nie rezygnując ze zdecydowanego chodu.
Zatrzymał się, przy osobnej płachcie. Tu najwyraźniej musiało być coś na podobieństwo łazienki. Płachta była zawieszona na sznurze. Odsunął ją. Pojawiła się wielka bala z nalaną wodą, prawie do brzegów. Z boku zawieszony był ręcznik, a na bali leżało mydło. Było tu jeszcze kilka rzeczy, jak na przykład szafki, oraz krzesło z misą, akurat pustą.
- Proszę, nie krepuj się. - powiedział, i szybko dodał: - Nie bój się nie będę podglądał.
Wyszedł, zasłaniając do końca płachtę.
Dalej nie wiedziała czy na pewno tego chce. Nadal nie do końca zagojone rany na plecach, mogły przedostać do jej organizmu różne substancje. A co najgorsze hadasic. Wzdrygnęła się. Przypomniała sobie jak dużą ilość tej substancji, użyli magowie w trakcie ataku. Podeszła do bali z wodą. Poruszyła lekko ręką, w wodzie. Pokręciła głową. Rozejrzała się. Nikogo nie zauważyła. Chęć odprężenia się zwyciężyła więc rozebrała się i weszła do bali. Letnia woda wywołała na jej twarzy lekki uśmiech. Przyjemnie. Zanurzyła się na moment cała. Gdy znów pojawiła się na powierzchni, wzięła do ręki mydło i zaczęła się namydlać. Odłożyła je, i znów zanurzyła się w wodzie.
Nagle poczuła osłabienie. Wynurzyła więc głowę. Czyli jednak, nie należało mu ufać. - pomyślała. Już miała wychodzić z bali, kiedy jej świadomość nagle się wyłączyła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz